Moje autorskie książki już wydane

Moje autorskie książki już wydane

Moje autorskie książki już wydane, to w sumie 3 tytuły. Dwie satyry i jedna książka apokaliptyczna, saga o aniołach. Tu były dwa wydania. Jestem autorem-hobbystą. Piszę głównie dla siebie, czasem coś udaje się mi puścić dalej. I to jest coś, co mnie trzyma na fali przed samych sobą. Możliwość tworzenia. 

W pewnym wieku jak się ma rodzinę i obowiązki, to ciężko jest pisać. Znalezienie czasu, graniczy z cudem. Za młodu, człowiek chciał pisać, ale nie wiedział dokładnie, co ma pisać i czy ma to sens. Jesteśmy istotami, które się uczą. Mój progres przychodzi z wiekiem. Obecnie mam dużo pomysłów, weny, ale brakuje mi czasu. I tu się odezwie moja satyryczna natura. Może to dobrze dla świata, że nie mam czasu pisać, bo oszczędze tych bzdur przyszłym pokoleniom. Nie daj Bóg, komuś za 200 lat wpadnie moja książka w ręce i bedzie miał zły obraz pięknej epoki. A tego, byśmy przecież nie chcieli.

 

Moje autorskie książki już wydane
To są książki, które wydałem. Nie jest to dużo, ale to wszystko, co mogłem dotychczas zrobić.

 

A może właśnie odwrotnie?

— Może to jedyne, co po nas zostanie, to te „bzdury”, które ktoś kiedyś nazwie świadectwem epoki?  Nie chciałbym być niczyim świadectwem, ale są rzeczy, na które wpływu nie mamy. Jestem piszącym o aniołach, politykach, systemie… Mam wiele wad. Taki jestem.

Historia, wbrew temu, co lubimy o niej myśleć, rzadko jest zapisana przez tych najrozsądniejszych. Częściej przez tych, którym się chciało. Albo którym się nie chciało milczeć. To samo jest z tytułami naukowymi, nie robią ich ludzie najwybitniejsi. Niestety, głównie w naukach humanistycznych i społecznych.

Zawsze chciałem być biologiem i zajmować się genetyką. To coś niesamowitego, ale jestem za ciemny, wręcz tępy. Taka tępota jak ja, nie może zajmować się kwasami rybonukleinowymi. Uczyłem się, starałem i dalej byłem tępy. W porywach, mój osiąg z biologi to marne 4 albo 3. To pokazuje, z jakim biologicznym kretynem mamy do czynienia. Choć nadal pasjonuje się roślinkami, ale to nie to samo. Jestem, ciągle, krok dalej od tego, co absolutne. Może dlatego, w rozpaczy piszę te bzdury.

Wracam do rozważania

Wyobrażam sobie tego człowieka za dwieście lat. Siedzi gdzieś w świecie, który pewnie uznałbyś za absurdalny, i trafia na moją książkę, “Pierwsza wojna w niebie: Dziedzictwo”. Może czyta ją nie dla prawdy, tylko dla klimatu. Może śmieje się w miejscach, gdzie byłem śmiertelnie poważny, a zatrzymuje się tam, gdzie rzuciłem coś pół żartem. I może właśnie w tym całym chaosie odnajduje coś autentycznego — coś, czego nie znajdzie w dopracowanych, sterylnych opracowaniach historycznych. Może, ci moi aniołowie wreszcie do kogoś przemówią. Może to, będzie mój największy sukces? Jeden człowiek, który zrozumiał w pełni, o co mi chodziło.

Bo to nie wielkie dzieła zawsze przetrwają. Czasem przetrwa coś, co powstało między jednym obowiązkiem a drugim, napisane późnym wieczorem, kiedy świat już cichnie, a człowiek w końcu może usłyszeć własne myśli. Może właśnie dlatego moje pisanie ma sens — bo nie jest wymuszone, nie jest „na wynik” i na “zysk”, ale z potrzeby serca. Ono ma wykuć w jednej duży dziurę, przez którą wpadnie światło. Jest wykradzione rzeczywistości, ale takiej, w której ja chce istnieć i widzę sens, głębszy niż dotychczas.

I jasne, że teraz czasu brakuje

Życie w pewnym momencie zaczyna przypominać logistykę bardziej niż opowieść. Dni są zaplanowane, odpowiedzialności konkretne, a wena nie przychodzi na umówione spotkania. Ale może ona nigdy nie miała przychodzić na długo. Może jej rola to właśnie te krótkie przebłyski — momenty, kiedy coś zapiszesz, zanim znów wrócisz do bycia kimś potrzebnym dla innych. Kiedyś było mi trudno coś konkretnego napisać. Potem, pisałem i nie mogłem przestać. Z pozycji marnego operatora słowem, wszedłem na “level hard” niedostępny dla wszystkich.

A moja satyryczna natura?

To wcale nie jest przeszkoda. To filtr. Ona sprawia, że nawet jeśli opisuje coś poważnego, to nie popadamw patos. A jeśli pisze bzdury — to przynajmniej świadomie. A świadome bzdury mają czasem więcej prawdy niż śmiertelnie poważne manifesty.

Więc może nie chodzi o to, czy mamczas pisać dużo. Może chodzi o to, żeby pisać wtedy, kiedy już nie mogę nie pisać. Nawet jeśli to będą urywki i jeśli coś jest niedokończonego. Nawet jeśli tylko zdanie zapisane gdzieś na marginesie życia.

Bo paradoksalnie — to właśnie takie rzeczy najtrudniej zignorować. I najtrudniej zapomnieć.

Moje autorskie książki już wydane
Z tych książek jestem dumny. One dały mi szlif, którego potrzebowałem, aby stworzyć coś lepszego.
error: Content is protected !!
GDPR Cookie Consent with Real Cookie Banner